||

„Ludowe” WP przekonało ks. prałata jeszcze bardziej do seminarium!

Img 7273
Ks. prałat Marian Brucki w swoim gabinecie (fot. Wiktor Chicheł)
Co o tym sądzisz?
+1
0
+1
0
+1
0
+1
0
+1
0
+1
0
+1
0

Niedawno minęło 30-lecie posługi ks. Mariana Bruckiego, jako proboszcza parafii farnej Najświętszej Marii Panny Wniebowziętej w Śremie i z tej okazji zapytaliśmy dziekana o przeszłość, powołanie, pobyt w wojsku, wcześniejsze parafie oraz oczywiście wspomnienia ze Śremu – rozmawiał Wiktor Chicheł.


Berdychowski Wv

Szczęść Boże! Zaczniemy od takiego przyjemnego pytania. Skąd u Księdza wzięło się powołanie kapłańskie?


Śrem Nasze Miasto 320x320 Komórki

Szczęść Boże! Skąd się wzięło, to tak trudno dokładnie powiedzieć, ale od młodości byłem ministrantem i należałem do chóru kościelnego w Nowych Skalmierzycach. Właściwie nasze młode życie upływało pod znakiem kościoła. Nie chwaląc się, właściwie do samej matury chodziliśmy nie mal codziennie na mszę św. Nie zawsze może z pobożności, ale mieliśmy taką grupę, taką paczkę i po prostu byliśmy w kościele, potem były jakieś tam spotkania w kawiarni, z rówieśnikami. W jakimś sensie wzrastało to powołanie, choć broniłem się przed tym. Nawet ksiądz proboszcz ówczesny wyrzucił mnie z ministrantów tylko dlatego, że nasz pobyt w ministranturze związany był z członkostwem w chórze. Organistką była wtedy pani katechetka i on stwierdził, że my ministranci – trzech, czterech, będziemy chodzić na chór, a nie służyć przy ołtarzu, ponieważ mamy wzmocnić panią katechetkę w śpiewie. W ostatnim roku maturalnym próby były najczęściej w soboty, a myśmy chcieli jeszcze trochę się wyszaleć, a wtedy nie było dyskotek, tylko takie prywatki. No i postanowiliśmy się wypisać z chóru, a jak proboszcz usłyszał, że się wypisuję z chóru, to nie chce też mnie widzieć przy ołtarzu. Gdy po maturze poszedłem do proboszcza po opinię, no to właściwie mnie trochę zbeształ i powiedział: „Dobrej opinii ci nie wypiszę”, bo ja się nie wypisałem, tylko on mnie wyrzucił z ministrantury. (śmiech) No, ale jakąś tam opinię musiał wypisać, skoro mnie przyjęli. Sam bym chciał przeczytać, co tam było. I tak znalazłem się w seminarium w 1968 roku. Potem rok i miesiąc byłem w seminarium i zabrano mnie do odbycia zasadniczej służby wojskowej.





No i właśnie chciałem zapytać o tę zasadniczą służbę wojskową. Jak Ksiądz prałat wspomina ten czas? Jak Ojca traktowano, jako kleryka w „Ludowym” Wojsku Polskim?

To trzeba patrzyć przez pryzmat tamtych czasów. Zamierzeniem tych, którzy nas powołali do wojska, było odwrócenie nas od seminarium, tym bardziej że proponowali nam różne studia, żebyśmy tylko chcieli opuścić szeregi seminaryjne. Ja nie żałuję, że byłem w wojsku, ale tego, iż trwało to dwa lata. Myślę, że każdemu klerykowi przydałoby się trochę takiej musztry, trochę takiego dostania „wciery”, żeby się nie „ciećkać” ze sobą, tylko tak podejmować różne decyzje dość szybko i w jakimś sensie stanowczo. Wojsko mnie jeszcze bardziej uświadomiło do bycia seminarium, nas karano np. za modlitwę i to będę pamiętał do końca życia. Jakoś po miesiącu, może po półtora, ponieważ byłem w 1 kompani 1 plutonie 1 drużynie, to na żołnierskiej jadalni byłem jednym z pierwszych. Kiedy padały rozkazy: „Powstań!”, „Wychodzić!”, „Koniec jedzenia!”, to myśmy jeszcze krótką modlitwę odmawiali. No i wtedy dowódca drużyny powiedział, że szeregowy Brucki za wolno wykonuje rozkazy. Zgłosił mnie do dowódcy kompanii i wtedy dostałem trzy dni Zoku, czyli „Zakaz opuszczania koszar” i z tym związane było, że co jakiś czas musiałem się meldować z bronią i tam mnie uganiali, że broń brudna, a w tym czasie trzeba było sprzątać różne rewiry wojskowe. Z drugiej strony myśmy w wojsku mieli mało strzelania. Nam pewnie nie ufali, że możemy się odwrócić (śmiech). Więcej było zajęć politycznych. Właściwie zimą to po 5 godzin mieliśmy nauk politycznych. 

No, bo reakcjonistów trzeba najpierw „reedukować”.

A latem wywożono nas na żniwa w Opolskie, bo to w Brzegu byliśmy. W międzyczasie na poligon w Węgrzynie nas wywozili, to pamiętam doskonale, że pewnej niedzieli na zbiórce gdzie wyznaczano nas do różnych ta prac, takich pomocniczych, budowlanych. Jeden z naszych kolegów, który potem w końcu nie został księdzem, wystąpił publicznie i powiedział, że nie pójdzie do pracy, ponieważ mama i tata mówili mu, iż w niedzielę się nie pracuje. Za odmówienie rozkazu otrzymał 10 dni żołnierskiego aresztu. To my solidaryzując się z nim, postanowiliśmy głodować. Nie mówiliśmy, że głodujemy, bo kolegę zamknęli, tylko nie jesteśmy głodni. Po trzech dniach, bo my pracowaliśmy w nocy przy budowie zapór wojskowych, tylko tam po cichu jakieś tam herbatniki jedliśmy, postanowiliśmy, że kończymy tę głodówkę. Dowódca plutonu się bardzo cieszył. Mówił do nas „moje orły”, tym bardziej że podlegaliśmy pod główny zarząd polityczny wojska i taki incydent trzeba by było zgłosić do centrali, więc się bardzo cieszył, iż jemy, nawet po godzinie nam drugą kolację dali. Jednak dzięki wojsku do dzisiaj mam dwóch znajomych księży, bo już większość poumierała, z którymi się nawzajem odwiedzamy, wspominając dawne dzieje. 

Jakie Księdzu towarzyszyły emocje podczas przyjmowania święceń kapłańskich z rąk syna ziemi śremskiej abpa Antoniego Baraniaka?

To było na pewno wzruszenie, duże przeżycie, ale jakoś przygotowaliśmy się do tego. Moje seminarium z wojskiem trwało 7 lat, więc człowiek jakoś to ze spokojem przyjmował te święcenia kapłańskie, myśląc, gdzie poślą, bo to zawsze jest jakaś niewiadoma, jaka będzie ta pierwsza parafia. Jak tam się będzie układało, bo życie seminaryjne szło jakimś ułożonym trybem. Wiadomo było co, kto, a potem to już jest rzucenie trochę na głębszą wodę. Nie wiadomo jaki proboszcz, jak atmosfera, jak człowieka przyjmą. To zawsze jest w kapłaństwie trochę ta niewiadoma. 

A dopytam jeszcze, czy to było coś wyjątkowego, że udzielił święceń abp Baraniak? Czy był owiany właśnie taką sławą „męczennika za kościół w latach 50-tych”?

Za moich czasów jeszcze tak mocno nie podkreślano męczeństwa. To właściwie później bardziej odkrywaliśmy, jak ciężko miał ks. abp Antoni Baraniak, bo to był niezłomny człowiek. Właśnie to, co przeżywał Wielki Prymas Tysiąclecia Prymas Wyszyński, to właściwie z męczeństwem nie ma właściwie porównania, bo to właśnie arcybiskup za niego, za kościół wiele musiał wycierpieć.

Jaka była Księdza prałata pierwsza parafia?

Dwa miesiące po świeceniach byłem w klasztorze w Wieleniu, ale to tylko na letnie zastępstwo. Uznajmy, że to Kąkolewo było pierwszą parafią. Tam miałem dekret jako wikariusz. Kiedy trafiłem do Kąkolewa koło Leszna, to zostałem pierwszym w historii wikariuszem tej parafii. Tam proboszcz był chory; ja musiałem wszystko robić, nie było mikrofonów i nawet ołtarza posoborowego. Proboszcz nie chciał nic zmieniać, a ja byłem ceremoniarzem w seminarium i byłem nauczony pójścia z duchem czasu ku nowoczesności. 

A to cały czas odprawiano msze trydenckie?

Nie, nie trydencką, już novus ordo, ale tyłem do ludzi tak jak kiedyś. Proboszcz był w sanatorium, to ja do stolarza i jak wrócił, to już był ołtarz, nagłośnienie. Przecież jak kazanie głosiłem, to musiałem krzyczeć i od tego czasu nie umiem cicho mówić, jak mówię w kościele (śmiech). Po roku mnie już przenoszono, a ludzie nie chcieli mnie puścić. 

Ksiądz jest z południowej Wielkopolski, to wysyłano głównie Dziekana, jak można prześledzić historię, po tamtych terenach, ale później Ojciec trafił do jako proboszcz Tuchorzy. Tam Ksiądz się zasłużył, z tego, co znamy też w Śremie, czyli wyremontował 2 kościoły i plebanię.

W Tuchorzy był 40 lat proboszczem ks. Henryk Ćwikliński. Jak tyle lat jest się na jednej parafii, ale bez wikariuszy, bez żadnej pomocy, to nawet jakby był człowiek najświętszy – spowszednieje. No i wiadomo, to był już starszy człowiek, często chorował. Parafianie tak po cichu, mimo że go szanowali, to tęsknili za młodszą siłą, dlatego mi było o wiele łatwiej przyjść do Tuchorzy. Stan był, nie chcę powiedzieć, że zły, ale zaniedbane było wokół probostwa i kościoły wymagały remontu. Wtedy jak zobaczyłem zaniedbane to wszystko, sam zacząłem też pracować i tu był ten entuzjazm ludzi, jak zobaczyli, iż przy probostwie ścinam, to aż się zatrzymywali. Pytali się, co ja tutaj robię, a ja odpowiadałem: „I co, podoba wam się to?”. No i wtedy ten entuzjazm wzmógł się, że po 30/40 ludzi przychodziło dziennie, by zagospodarować przy probostwie. Tam był aż hektar ziemi, ogrodów. To wymagało dużo wysiłków i pracy. Sam jeden bym nic nie zrobił.

No i też to był już czas przemian, to przy parafii można było pracować świeckim bez konsekwencji. 

  Udana inauguracja wiosny rezerw Warty, Amicus pokonuje drugi zespół Rydzyniaka

Ten entuzjazm był wspaniały. Rozpoczęliśmy od probostwa. Tam jeszcze nie było centralnego ogrzewania. Wszystko trzeba było zrobić. Te podłogi takie… 7 warstw lakieru tymi wałkami myśmy pracowali. Wspaniali ludzie byli tam, aż żal było odchodzić. To przynosiło człowiekowi jakąś tam radość, jak człowiek widział, że ludzie też się bardzo cieszyli z tych prac, co powstawały – odnowienie dwóch kościołów. To kosztowało sporo wysiłku też ze strony ludzi, bo parafia liczyła gdzieś z 1400/1500 osób. To nie jest tak, że zawsze starczało pieniędzy. Gdyby nie entuzjazm ludzki i ich praca, to byśmy się nie posunęli tak z tym wszystkim. 

Zwłaszcza, że to były czasy hiperinflacji w Polsce, to różnie bywało (śmiech). Ksiądz proboszcz w ogóle był kiedyś w Śremie przed przyjściem tu do parafii? 

Tak, 2 razy byłem i nigdy nie myślałem, że przyjdę do Śremu, ale jeszcze będąc klerykiem, był tu wikariuszem ks. Bernard Slota. Kolega jego kursowy ks. Piaskoski, też Bernard, był wikariuszem parafii w Nowych Skalmierzycach. Wtedy pierwszy raz pojechaliśmy do Śremu, bo chciał go odwiedzić i mnie ze sobą zabrał. Drugi raz tu byłem, gdy posługiwał tu ks. Jan Chrzanowski – mój kolega kursowy. On tu był też wikariuszem. Pamiętam jego pokój do góry, gdzie był i wtedy z racji imienin, a ja byłem w tym czasie wikariuszem w Kąkolewie koło Leszna i go odwiedziłem. To 2 razy byłem w Śremie przed przyjściem, jako proboszcz.

I spodobało się miasto czy raczej nie zrobiło wrażenia?

To znaczy, miasta tak bardzo nie zwiedzałem, bo przyjechałem w konkretnym celu, na probostwo. 

To były przyjazdy dwa razy do Fary?

Tak, dwa razy do Fary.

To czy ks. proboszczowi spodobała się przyszła siedziba?

Wtedy za dużo parafii wtedy nie było. Ja jeszcze byłem już jako kapłan w kościele pofrańciszkańskim, bo moim kolegą z wojska jest też ks. Kornel Filipowski, który był 10/12 lat kapłanem diecezjalnym i on zapragnął być zakonnikiem. Potem wstąpił do ojców benedyktynów i przecież jest tu niedaleko w Lubiniu, ale miał ogromny kłopot z przejściem do zakonu, gdyż ks. abp Stroba nie był temu przychylny. Wtedy na znak protestu, na przekór zapuścił brodę, czego arcybiskup nie lubił i w końcu dał zgodę. To w sumie byłem 2 razy jako ksiądz u Chrzanowskiego i Filipowskiego. A to on był wtedy wikariuszem i mieszkali wtedy w konwikcie początkowo. To dopiero za ks. Roszyka się przenosili tutaj. Teraz pewnie przewraca się w grobie, że probostwo sprzedano. 

Czy ksiądz przypuszczał, że po przenosinach do Śremu spędzi tu 30 lat?

Tego w ogóle nie mogłem przypuszczać, tym bardziej że początki, nie ukrywam, miałem tu trudne. Tak jak łatwo było mi przyjść do Tuchorzy, po proboszczu, który tyle lat był i ludzie czekali na jakąś nową siłę, bo chorował itd. To tu było o wiele trudniej, ponieważ mój poprzednik ks. Kanonik Kajetańczyk cieszył się tu wielkim mirem. No i tak ludzie patrzyli na mnie, a nawet niektórzy to artykułowali, żebym chociaż trochę był jak on. Ja mówiłem, że inaczej się nazywam, będę się starał (śmiech), jakoś dalej pracować, ale tak samo nie będzie. Każdy człowiek jest inny i stoją przed nim inne problemy, zadania. W ogóle patrząc na historie tej parafii po wojnie, to ks. Szczeblowski był bardzo krótko. Ks. prałat Edward Karwatka był 23 czy 24 lata. Potem przyszedł ks. Kazimierz Łaszewski, który tu był z 1,5 roku. Następnie przyszedł ks. Kajetańczyk, który był chyba 21,5 roku. No to ja mówię – odcinek tu będzie krótki (śmiech). A tu się stało trochę inaczej. Nie żałuję tego, że jestem tu tyle lat. Może z 10 lat temu zostałem zawołany do ks. Arcybiskupa i to było po kolędzie, nie było mnie na miejscu i sekretarz dzwoni, że mam się zgłosić do Abp., a tak sobie pomyślałem, że kawy chyba nie chce ze mną wypić, tylko jest to coś poważnego. No i po 3 dniach się zjawiłem u Arcybiskupa. Powiedział, że ksiądz zrobił to, to, i to. Może to dobry czas na zmiany i zaproponował mi w Poznaniu parafię Nawiedzenia Najświętszej Marii Panny na Ratajach. Arcybiskupowi nie powinno się odmawiać. Powiedziałem, że pracy kapłańskiej się nie boję, na Poznań nie choruję i raczej proszę mnie zwolnić. Ja raczej tam nie pójdę. Było oczywiście bardzo kulturalnie. Powiedziałem, że po prostu tego nie czuję. 

To teraz przejdziemy chyba do największego zaszczytu ks. prałata, do lutego roku 2000 i zostania dziekanem dekanatu śremskiego.

Proszę Pana, dla mnie to nie było zaskoczenie. Ja w Tuchorzy już byłem dziekanem, chociaż miałem tylko 14 lat kapłaństwa. Dziekaństwo jest na 5 lat i myślałem, że mnie nie przeniosą z tej parafii. Dla mnie zaskoczeniem było, zostanie dziekanem dekanatu zbąszyńskiego, bo byłem najmłodszym proboszczem. No i jak byłem proboszczem 2 lata, to zostałem wezwany, że mam złożyć przysięgę, nie wiem, czy jeszcze dziekani ją składają, z ks. Majką się zawsze śmiejemy, ponieważ tam trzeba było credo po łacinie odmawiać i w ogóle. Dziekaństwo nie było mi obce, bo tam 2 lata przynajmniej byłem. To były inne czasy. Wtedy to w ogóle były inne czasy – trzeba było to wszystko obwozić. Teraz jest poczta internetowa. Listy pasterskie trzeba było, przepisywać, rozwozić rowerem albo samochodem.  

Przez te 30 lat, jak parafianie się zmieniali? Jakie Ksiądz proboszcz zauważył takie zmiany w podejściu do Kościoła, do wiary, bo wiadomo, że obecnie jest pewien kryzys w Polsce odejścia od Kościoła? Jak to się w Śremie zmieniało?

To znaczy, ja chcę spojrzeć na to z optymizmem trochę, bo zawsze byli ludzie trochę blisko Kościoła, życzliwi i księżom, i byli tacy, co dość obojętnie do tego podchodzili czy nawet negatywnie. Jednak ja jako ksiądz, to z tymi osobami, co mieli inne spojrzenie, czy byli niewierzący, znajdowałem jakiś wspólny język. Może być przykładem pan Marian Dominiczak, który był znany jako może nie wróg Kościoła, ale jakoś tak nie przepadał. I myśmy się często przekomarzali. On mnie lubił nawet, tak bym powiedział i mówił, że mam przyjść na jego pogrzeb, ale nie w sutannie (śmiech), co prawda spełniłem to i byłem na jego pogrzebie, który charakter miał świecki. Sytuacja jest, nie ma co ukrywać, że jakąś winę ponosimy my – kapłani, którzy niekiedy swoim zachowaniem rzutują na ludzi młodych, odejściem od kapłanów. Takie czy inne zachowania, które nie licują z księdzem, wpływały też w jakimś sensie i ludzie odwracali się od Kościoła oraz pewnie jakimś sensie od Pana Boga. 

Jakie Ksiądz prałat ma takie najmilsze wspomnienia ze Śremu?

To trudno by mi było tak powiedzieć, wymienić jakieś. Były radości jak poświęcenie odnowionego kościoła pofranciszkańskiego. Utkwił mi w głowie jubileusz 25-lecia. 

Na pewno takim jednym było poświecenie ponowne miasta Najświętszemu Sercu Jezusowemu.

No to dwukrotnie żeśmy przeżywali, bo na 90-lecie i 100. rocznica. Chociaż ja myślałem, że będzie więcej społeczeństwa miasta Śremu, mówiąc szczerze. No, ale to były już te czasy, kiedy nie wszystkim to odpowiadało. 

Które rzeczy Ksiądz uważa za największy sukces dokonany w parafii i co jeszcze Ojciec chciałby zrobić do końca posługi kapłańskiej?

Sukcesów nie ma żadnych (śmiech). Tak jak kiedyś spojrzałem na te nasze kroniki parafialne, których przez te 30 lat uzbierało się dużo, to sam sobie się dziwię, że mimo różnych sytuacji potrafiliśmy dokonać w tej sferze materialnej bardzo dużo. Mnie bardzo cieszy nabożeństwo fatimskie, które jest wyrazem czci do Matki Najświętszej, która zawsze wskazuje nam na Chrystusa.

Dziękuję za rozmowę.

Zostaw komentarz