|

Teresa Ekner, czyli harcerka ze Śremu w Powstaniu Warszawskim

A36ab263 00df 4bbf 9f01 67edf5e40c8e
Teresa Jodkowska z domu Ekner służyła jako sanitariuszka w Powstaniu Warszawskim (fot. Muzeum Powstania Warszawskiego)

W 81. rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego przedstawiam historię kobiety, która przez kilka lat mieszkała w Śremie i tu pobierała nauki szkolne. Ze względu na rodzinę ze strony matki mieszkającej w Warszawie, II wojnę światową spędziła w stolicy, co sprawiło, iż jako harcerka brała udział w walkach o wyzwolenie stolicy.

Teresa Jodkowska z domu Ekner urodziła się 20 września 1928 roku w Poznaniu, jako córka Eugeniusza i Marii. Miała siostrę i brata. Nie wiadomo dlaczego przyjechali z rodziną do naszego miasta. Uczęszczała do szkoły powszechnej żeńskiej w Śremie, która mieściła się w budynku dzisiejszej Szkoły Podstawowej nr 2 im. ks. Piotra Wawrzyniaka. Jednocześnie była zuchem w drużynie harcerskiej. Przed wojną otrzymała promocję z piątej do szóstej klasy.

W czasie wakacji 1939 roku, jak co roku, pojechała z matką, siostrą i bratem do Warszawy, do rodziny od strony rodzicielki. Wtedy było już bardzo niespokojnie, ale pani Maria nie chciała w stosunkowo małym mieście robić paniki i wzięła tylko standardowo dwie walizki z ubraniami, wyłącznie letnimi. Tuż przed 1 września zdecydowała, że musi pojechać, wziąć resztę rzeczy stamtąd, wobec tego wybrała się do Poznania i do Śremu. Właściwie w momencie wybuchu wojny jej nie było. Matka wróciła dopiero 2 września. Okazało się, że wysłała ze Śremu kufer z rzeczami zimowymi, ale on naturalnie nigdy przez zawieruchę wojenną nie dotarł. Natomiast sama pojechała do Poznania, żeby jeszcze coś załatwić i na szczęście z dokumentami. Już wrócić po resztę rzeczy do Śremu nie mogła. Z trudem dostała się do ostatniego pociągu, który jechał w stronę Warszawy. W ciągu tej podróży dwa albo trzy razy byli bombardowani.

2b53fb0e 7fa1 4c78 b3b3 5df688e52106

Teresa z rodziną mieszkała w stolicy przy ul. Focha 6 (dzisiejsza Moliera) naprzeciwko Teatru Wielkiego. Niestety w czasie bombardowań Warszawy przez Niemców 25 września pocisk trafił w ich dom. Zginęła wtedy matka i siostra pani Teresy.

Zrzut ekranu 2025 08 1 o 03.45 repaired enhanced colorized
(fot. Muzeum Powstania Warszawskiego)

Od października uczęszczała do szkoły Kowalczykówny i Jaworkówny przy ul. Wspólnej 5. Później Niemcy przenieśli uczniów na rok do Platerówny, na ul. Pięknej, a potem naukę trzeba było pobierać na tajnych kompletach rozrzuconych po mieście. Niektóre lekcje wcześniej już odbywały się potajemnie w domach, ponieważ nie mieściły się w ramach szkoły.

W trakcie wojny od 1942 roku Teresa była w „Szarych Szeregach”, w 1 Warszawskiej Drużynie Harcerek, która się potem rozrosła w Hufiec Wybrzeża Kościuszkowskiego. Spowodowane było to pojawieniem się trzech „jedynek”: „Zielona”, „Rdzawa” i „Błękitna”. W tej pierwszej działała nasza bohaterka. Nie posiadały stopni wojskowych. Natomiast przechodziły przeszkolenie sanitarne, łącznościowe, a nawet kurs obchodzenia się z bronią i musztry. 

Jej punktem koncentracji na czas wybuchu Powstania Warszawskiego 1 sierpnia 1944 roku był Instytut Głuchoniemych na placu Trzech Krzyży, gdzie w suterenach znajdowało się ambulatorium i pomieszczenie dla sanitariuszek. Tam złożyła przysięgę Armii Krajowej i otrzymała stopień wojskowy szeregowej. Komendantka, która przyjmowała rotę, rozdała wszystkim legitymację Wojskowej Służby Społecznej, a także biało-czerwone opaski powstańcze. Dziewczyny musiały je same zszyć. Tym sposobem trafiła pod komendę Okręgu Warszawskiego Armii Krajowej – VI Oddziału Biura Informacji i Propagandy „Sławbor”. Ledwo walki o stolicę się rozpoczęły, a Teresa musiała uciekać przed Niemcami:

„Posłano mnie jako łączniczkę do jakiejś pani W… Nie wiem do tej pory, kto to. Posyłała mnie w różne strony i dzięki temu wiedziałam, co się dzieje na ulicach. Potem raz nocowałam chyba w Instytucie, a potem nocowałam na Wilczej. Pierwszego sierpnia byłyśmy wszystkie już przygotowane. Chyba koło czwartej zrobił się nagle ruch, krzyki na zewnątrz od strony placu Trzech Krzyży. Krzyki niemieckie: Weg, weg! Wpadła do naszego pomieszczenia komendantka i mówi: „Wszystkie do okna na ogród i wyskakujecie tam, biegniecie w dół!”. Więc wyskoczyły dwie, trzy, ja byłam chyba czwarta z kolei. Bardzo było wysoko, bo to był bardzo wysoki parter, jak teraz tam patrzyłam, to się zastanawiałam: jak ja skakałam? Ale wiedziałam jedno – to, co mi jeszcze mówił mój wuj, chirurg: że pijacy rzadko mają urazy, że padają miękko, nie napinają mięśni. I ja to zastosowałam. I rzeczywiście – podniosłam się! Ta druga z koleżanek, co przede mną skakała, to potem miała bardzo rozbite kolano. Biegłyśmy przez ten ogród do furtki na Książęcą. Już tam się zaczął ostrzał. Oni na szczęście strzelali z Sejmu, z Królowej Jadwigi, z tamtej strony. Na szczęście nie byli jeszcze wstrzelani. Bo później, jak mi mówiły koleżanki, to w ogóle mowy nie było, żeby przejść przez ten ogród, bo ktokolwiek przeszedł, to trafiali bezbłędnie. Dobiegłyśmy: furtka zamknięta, więc przez płot. Na tym płocie podarłam nie tylko ja spódnicę, ale jakoś przelazłyśmy. Spotkałyśmy oddział chłopców, takich bardzo spiętych, część była z bronią na pewno, z opaskami. Pobiegłyśmy dalej, zastanawiałyśmy się: co zrobić? Bo za nami już nikt nie biegł. W końcu zdecydowałyśmy, poszłyśmy w stronę Czerniakowskiej do matki jednej z naszych koleżanek, pani Wilskiej, która nas przyjęła, pozwoliła nam się umyć, zszyć te wszystkie poszarpane rzeczy. No i postanowiłyśmy wrócić, zobaczyć, co się dzieje. Do Instytutu. Szłyśmy Czerniakowską przy Książęcej, przy obecnym szpitalu Orłowskiego, a wtedy to był szpital ubezpieczalni. „Stój, bo strzelam!”- zatrzymał nas jakiś chłopak z opaską, podeszłyśmy tam. Chodziło o to, gdzie idziemy, co i jak. Sprawdził trochę kieszeni, poszłyśmy dalej, pytając się ludzi po drodze, w bramach, co słychać. Stamtąd szli ludzie – też nie wiedzą, czy w Instytucie Niemcy są, nie wiadomo, jedni mówią [to], a inni to. W każdym razie doszłyśmy do placu Trzech Krzyży. Przeszłyśmy, miałyśmy szczęście, jeszcze z BGK wtedy nie byli wstrzelani. Przeskoczyłyśmy, poszłyśmy gdzieś Żurawią do Kruczej, na Kruczej był duży ostrzał, skręciłyśmy w Hożą. Na placu Trzech Krzyży, w tym Instytucie, nikogo nie widziałyśmy, zabite okna, cicho, pusto, w ogóle nic. Zamknięte drzwi, nic nie widać. Doszłyśmy do Mokotowskiej, gdzie był też punkt zborny, gdzie była część naszych dziewcząt. Doszły tam właśnie te, które pierwsze wyskoczyły, zdecydowałyśmy, że przeczekamy noc. Ja wobec tego poszłam nocować na Wilczą, na punkcie było dość ciasno. Potem dwie rano poszły sprawdzić, czy można się dostać do Instytutu, nie wróciły. Wobec tego nie bardzo wiedziałyśmy, co [robić]. Zdecydowałyśmy, że trzeba się gdzieś dołączyć, przyszłyśmy na Kruczą 7”.

Na ul. Kruczej przeżyła dwa tygodnie. Tam z koleżankami były „dziewczynami od wszystkiego”, czyli raz jako sanitariuszki, chociaż to dość rzadko się zdarzało; później pilnowały przejścia czy były wysyłane po informacje. 

„Sanitariuszek to oni mieli swoją obsadę, bardzo dużą, więc niewiele im było potrzeba, ale głównie byłyśmy właśnie tak „do wszystkiego”. Na jakąś służbę w bramie, gdzie się pilnowało, gdzieś na Kruczej, gdzie było przejście na Piękną 28, na przeciwko PAST-y tak zwanej.”

Zrzut ekranu 2025 08 1 o 03.44 repaired enhanced colorized
(fot. Muzeum Powstania Warszawskiego)

Bardzo ciekawym fragmentem wspomnień Teresy Jodkowskiej zawierają jej spotkanie z jeńcami niemieckimi:

„Jest jedna rzecz, którą pamiętam z takiej warty–służby w bramie na Kruczej. Przyprowadzono dwóch Niemców, z których jeden miał – to do tej pory też pamiętam – takie bardzo zimne, nienawistne spojrzenie. Taki Prusak, tak bym powiedziała. A drugi był roztrzęsiony, właściwie prawie płaczący. No i ludzie się zebrali, naturalnie: co z nimi robić, a to, że zastrzelić… No i jednak przeważyło to, że nie można tak, jak oni. Po pierwsze nie można robić samosądów, trzeba ich wsadzić, zrobić nad nimi sąd. I rzeczywiście ich odprowadzono. A jeszcze wtedy nie było tego rozporządzenia przeciw samosądom. Jeszcze nie pokazał się „Biuletyn”. Dopiero następnego dnia. To była taka spontaniczna reakcja ludzi. […] Ja ich spotykałam w czasie Powstania jako jeńców, więc tylko widziałam, jak przechodzili gdzieś tam. Nic z żołnierskiego wyglądu. Nie, po prostu to byli brodaci już wtedy, nieogoleni ludzie. Tutaj było potem mało wody w ogóle. Używano do prac bardziej niebezpiecznych: przy budowie barykad, przy przenoszeniu czegoś w niebezpieczne miejsca, do prac porządkowych też. To znaczy na pewno miałam uczucie satysfakcji, że ich wreszcie widzę w takiej formie, a nie jako panów – nadludzi. To nie była kwestia poczucia siły, po prostu pewnej sprawiedliwości. To się coś wyrównuje w ten sposób, nic więcej”.

Jako oddział BiP-u rozdawała każdego dnia prasę powstańczą: „Biuletyn Informacyjny”, „Dzień Warszawy”, „Stolica”, „Barykada Powiśla” czy „Szaniec”. To były gazety różnych stronnictw  politycznych. Znajdowały się także harcerskie, na powielaczu zrobione. Kolportowało się je po piwnicach, w określonych rejonach, by się nie dublowały.

Mimo wszystko, dziewczęta próbowały żyć normalnie i oprócz służby, wieczorami rozpalały ogniska. Takie ogniska były na Wilczej, w domu, który ocalał na rogu Żurawiej i placu Trzech Krzyży. Ognisko paliło się w budynku, w pokoju. Nawet były przyrzeczenia harcerskie. Także organizowało się świetlice dla dzieci, a jedna z nich znajdowała się na ul. Śniadeckich.

Pod sam koniec powstania, kiedy właściwie likwidowała się Wojskowa Służba Społeczna, Eknerówna przeszła na ul. Poznańską 11, gdyż tam był szpital polowy i pracował w nim jej wuj – chirurg.

Po upadku powstania 5 albo 6 października, kiedy nie było już ludności cywilnej, Teresa wyszła z Warszawy z Siostrami Rodziny Maryi, jako Polski Czerwony Krzyż, który miał obsadzić szpital w Milanówku. Posiadały zaświadczenia pisane po niemiecku i opaski Czerwonego Krzyża.

Po maju 1945 roku wróciła do Śremu i robiłam pierwszą klasę licealną w trybie przyspieszonym. To był przyśpieszony rok szkolny, ponieważ uczyli się tam przedwojenni gimnazjaliści, którzy mieli przerwę z powodu wojny. Jednak wymagano od nich rzeczywiście dużo. Dziewczyna ukończyła pierwszą klasę licealną, i okazało się, że rodzina już wróciła do stolicy, wobec tego przyjechała też do Warszawy. W Śremie został natomiast ojciec Eugeniusz, który powrócił z niewoli i odzyskał mieszkanie. Teresa przebywała u rodziny matki. Tam ukończyła drugą klasę licealną i zdawała maturę w gimnazjum Rejtana. Na tym związki ze Śremem w życiu Eknerówny się kończą.

Pani Jodkowska żyje do dzisiaj, ma 96 lat i mieszka w Warszawie. Co roku przybywa na uroczystości 1 sierpnia. 

Zrzut ekranu 2025 08 1 o 03.46 enhanced colorized
(fot. Muzeum Powstania Warszawskiego)

Odkryj więcej z TZŚ – Tydzień Ziemi Śremskiej

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Obserwuj nas w Google News

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *