|||

Śremianin jedzie do Francji walczyć o sukces

Img 3549
W niedzielę 14 września Krawczyk weźmie udział w MŚ Ironmana w Nicei (fot. Archiwum prywatne)

Włodzimierz Krawczyk w zeszłym roku otrzymał kwalifikację na Mistrzostwa Świata Ironman w Nicei. Opowiedział nam o pierwszych kontaktach ze sportem, swoich początkach przygody z triathlonem iprzygotowaniach do wrześniowego startu – rozmawiał Wiktor Chicheł.

Jakie miał Pan doświadczenia ze sportem w przeszłości? Czy było coś przed triathlonem?

Tak, mój tata był trenerem kolarzy w LKS „Piast” Śrem, pierwszym trenerem Zenona Jaskuły. Od 7–8 klasy szkoły podstawowej jeździłem na rowerze aż do 18–19 roku życia.

2b53fb0e 7fa1 4c78 b3b3 5df688e52106
Chery2

Czyli tradycje rodzinne – sportowe.

Można tak powiedzieć, bo to wszystko wzięło się stąd, że tata był trenerem.

Czy osiągał Pan jakieś sukcesy?

W zasadzie nie. Może w młodszych rocznikach – młodzikach i juniorze młodszym, w wieku 14–15 lat, na mistrzostwach okręgowych. Potem musiałbym przenieść się do klubu w Wielkopolsce, bo w Śremie nie było już warunków.

A były plany związane z profesjonalną karierą?

Nie. Na początku lat 80. człowiek nawet nie myślał o zawodowstwie. To się skończyło, ale pasja do roweru pozostała. To nie było tak, że rzuciłem go w kąt i przestałem jeździć. Cały czas trenowałem, a nawet wciągnąłem kilku kolegów ze szkoły z mojego rocznika. Gdy chodziliśmy do podstawówki, jedni szli na piłkę nożną, inni na kolarstwo. Niektórzy jeżdżą do dziś. Jeszcze przed triathlonem startowałem w wyścigach kolarskich mastersów i w supermaratonach. Jedyną przerwą był czas, gdy zostałem powołany do wojska. Poza tym rower towarzyszył mi nieustannie. Nawet na początku przygody z triathlonem brałem udział w zawodach kolarskich. Było kilka sukcesów, ale w pewnym momencie samo jeżdżenie zaczęło mnie nudzić i wtedy przeszedłem na triathlon.

W jaki sposób pojawił się w Pańskim życiu triathlon?

Zainteresowanie pojawiło się już około 27 lat temu, pod koniec lat 90. Wtedy triathlon w Polsce dopiero raczkował – gdy na starcie stawało 50–60 osób, to już były „zawody, że ho, ho”. Mój syn trenował pływanie w Warcie Poznań i w ostatnim roku nauki w Szkole Mistrzostwa Sportowego przerzucił się na triathlon. Zacząłem jeździć z nim na zawody i nawet startowaliśmy razem. Tym sposobem wciągnąłem się w ten sport. On później zrezygnował, a ja zostałem i już ponad 25 lat to ciągnę. Zaczynałem od krótkich dystansów, a później stopniowo przechodziłem do coraz dłuższych: najpierw sprinty, „olimpijki”, połowy dystansów, a w końcu pełny Ironman.

Czy były jakieś trudności z dodaniem do jazdy na rowerze – pływania i biegania?

Bieganie było i jest moją najsłabszą stroną. Z pływaniem, gdy chodziło się codziennie na basen, nie miałem problemów. Natomiast przestawienie się na bieganie było trudne. Pamiętam pierwsze zawody – wszyscy doganiali mnie na biegu i żartowali: „Dalej, dalej”, „Wydłuż krok!”. Muszę jednak przyznać, że poprawiłem się dzięki Zbigniewowi Okoniewskiemu, który przez 2–3 lata rozpisywał mi treningi. Wtedy zrozumiałem, jak ważna jest rola trenera.

Img 9728
2. miejsce wywalczone na zawodach we Włoszech dało kwalifikację (fot. Archiwum prywatne)

Kiedy przyszły pierwsze sukcesy, które sprawiły, że podszedł Pan do triathlonu w bardziej profesjonalny sposób?

W wieku 48–49 lat zacząłem pojawiać się w pierwszej piątce zawodów, a w 2015 roku, już jako pięćdziesięciolatek, wygrałem kategorię M50 w Sierakowie i od tamtej pory rozpoczęła się seria zwycięstw. Kilka razy zdobyłem tytuł mistrza Polski, wicemistrza Polski, a także zajmowałem trzecie miejsca. Oczywiście wszystko w odpowiedniej kategorii wiekowej. Od 10 lat zajmuję się triathlonem na poważnie. Wcześniej była to raczej zabawa, choć nigdy nie startowałem z nastawieniem „a, jakoś będzie”. Lubię ściganie i rywalizację, a nie starty na pół gwizdka.

Jak Pan łączy życie rodzinne i zawodowe ze sportem?

Zawodowe – idealnie, bo pracuję jako ratownik na basenie w Kórniku. Nie ma nic lepszego. Po pracy mogę od razu zrobić trening: wsiąść na rower czy pobiegać. Nie tracę czasu na dojazdy, jak inni, którzy muszą dojeżdżać na basen. Ja mam to wszystko pod nosem. Żona bardzo mnie wspiera – jeździ ze mną na zawody, jest moim supportem, dokumentuje moje zmagania sportowe na zdjęciach i filmach. Syn też trenował, więc przez lata jeździliśmy na zawody całą rodziną – i tak jest do dziś.

Jak wyglądają przygotowania do wrześniowych zawodów?

To już praktycznie końcówka. Został tydzień ciężkich treningów. Jutro jadę do Karpacza na czterodniowy obóz. W ciągu całego sezonu co miesiąc wyjeżdżałem w góry, żeby przygotować się do trasy w Nicei, bo jest naprawdę wymagająca. Od roku trenuję pod okiem Pawła Barszowskiego, byłego trenera Agnieszki Jerzyk, dwukrotnej mistrzyni świata i olimpijki. Dzięki niemu w zeszłym roku zdobyłem 2. miejsce we Włoszech i zakwalifikowałem się na mistrzostwa świata. Na mistrzostwa nie można ot, tak pojechać – trzeba uzyskać kwalifikację. Na zawodach Ironmana na całym świecie organizuje się eliminacje w danej kategorii wiekowej i tylko pierwsze 2–3 miejsca mają gwarantowany „slot”. Jeśli ktoś nie odbierze kwalifikacji, następuje tzw. rolling – miejsce przechodzi na kolejnego zawodnika. We Włoszech były tylko trzy miejsca i wszyscy je odebrali. Tym sposobem możemy jechać na mistrzostwa świata – i jedziemy!

Trener Paweł wykonał genialną robotę. Zazwyczaj trenowałem sam i teraz widzę, jak ważna jest rola trenera. Bez niego amatorzy po prostu się zajeżdżają. Gdy rozpisywał mi treningi, mówiłem, że jest ich za mało i sam robiłbym więcej. On tłumaczył, że to częsty błąd amatorów – wydaje im się, że za mało trenują, więc dokładają, a to nie jest dobre. Najważniejsza jest systematyka, a nie jednorazowe mocne treningi, po których trzeba robić długą przerwę. To się tylko tak wydaje, że skoro Ironman to 3,8 km pływania, 180 km roweru i maraton (42 km), to trzeba robić ogromne jednostki treningowe. Kluczowa jest regularność.

Na początku sezonu miałem kontuzję – w kwietniu uszkodziłem rozcięgno podeszwowe i przez trzy tygodnie nie mogłem biegać. To był trudny moment, bo to okres, kiedy powinno się trenować najwięcej.

A jakie są koszty takiego wyjazdu do Francji?

Samo wpisowe za start to 6500 zł. Do tego dochodzą koszty dojazdu i noclegu, ale ich już nie liczymy. Sam udział jest bardzo kosztowny.

Znalazł Pan sponsorów czy musiał pokryć koszty z własnej kieszeni?

Otrzymałem wsparcie od mojego zakładu pracy – Basenu Oaza w Kórniku, gminy Kórnik, prywatnych osób w Śremie oraz przyjaciół. Staram się sam finansować starty, nie narzucam się. Ogólnie trudno znaleźć kogoś, kto chciałby pomóc. Kiedyś było łatwiej – w 2008 oraz 2012 roku, gdy jechałem do Zurychu na Ironmana, w Śremie znalazło się więcej osób chętnych do wsparcia.

Jak wygląda organizacja wyjazdu na zagraniczne zawody?

Jedziemy tydzień wcześniej wypożyczonym busem. Trzeba się zaaklimatyzować, poznać trasę i trochę potrenować w tamtych warunkach. Dzień przed zawodami oddaje się rower i odbiera pakiety startowe. W dniu zawodów już od 6.00 trzeba być w strefie zmian, sprawdzić rower, napełnić bidony, przygotować żele energetyczne.

Z jakim nastawieniem jedzie Pan do Nicei?

Powiem tak: pierwsza piątka byłaby super, miejsce w pierwszej dziesiątce – naprawdę świetne, a piętnastka to plan minimum. Chciałbym zmieścić się w tej „dychu”, ale zobaczymy. To są góry, a tam zawodnicy w mojej kategorii wiekowej osiągają rewelacyjne czasy. Rower i pływanie mamy podobne, ale w bieganiu odstaję. Ja maraton pokonuję w 4 godziny, a oni nawet w 3 godz. 40 min. To moja słabsza strona.

Img 9494
Włodzimierz Krawczyk zawsze celuje wysoko (fot. Archiwum prywatne)

A co jest bardziej decydujące w triathlonie – głowa czy fizyczność?

Głowa. Układam sobie w niej cały start – przygotowanie sprzętu, żywienie, taktykę na pływanie, rower i bieg. Staram się trzymać założeń i jeśli zdrowie pozwala, wynik jest dobry. Ważne jest też odżywianie – to tak naprawdę czwarta dyscyplina w triathlonie. Trzeba pilnować, by co 30 minut na rowerze coś zjeść – żele, batony – i pić, a na biegu co 5 km. Inaczej w pewnym momencie organizm się wyłącza i koniec.

Mówiąc o głowie, miałem też na myśli sferę mentalną. Jak to działa w chwilach kryzysu i załamania?

Jeśli jesteś dobrze przygotowany i startujesz z odpowiednim nastawieniem, to jesteś w stanie ukończyć zawody bez większych kryzysów. Kiedy przygotowanie jest słabe, wtedy trzeba walczyć z samym sobą po drodze.

Dziękuję za rozmowę i życzę powodzenia. Miejmy nadzieję, że śremianin wróci do nas z Nicei ze świetnym wynikiem.

Dziękuję. Na pewno będę walczył. Nie jadę tam na wycieczkę. Na każde zawody jadę po to, żeby walczyć. Nie ma mowy o odpuszczaniu. Zawody są po to, by dać z siebie wszystko.

Obserwuj nas w Google News

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *