Gmina chce uszczelnić system. Chodzi o zwierzęta
Wypadek z udziałem zwierzęcia to zawsze wyścig z czasem. Niezależnie od tego, czy mówimy o potrąconym psie, czy rannej sarnie, pomoc musi nadejść natychmiast. Gmina Śrem właśnie odkryła karty, przedstawiając wymagania dotyczące opieki weterynaryjnej na rok 2026.
Poprzeczka wisi wysoko: pełna dyspozycyjność, koniec z odsyłaniem niedoleczonych zwierząt do schroniska i bardzo precyzyjne procedury dotyczące gatunków chronionych, takich jak wilki. Sprawdziliśmy, jak ten system ma wyglądać w praktyce.
Wypadki na drogach to smutna codzienność, a gmina Śrem nie jest tu wyjątkiem. Aby ratunek był skuteczny, nie wystarczą dobre chęci – potrzebna jest żelazna umowa. Dokumentacja przetargowa na 2026 rok rzuca nowe światło na to, jak samorząd chce rozwiązać ten problem, a słowem kluczem jest tu „bezkompromisowość”.
Noc, święta i dni wolne – telefon musi być odebrany
Fundamentem nowego zamówienia jest dostępność. Zwierzęta nie patrzą w kalendarz, ulegając wypadkom, dlatego gmina wymaga od lekarzy weterynarii gotowości absolutnej: 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu . Nie ma mowy o taryfie ulgowej w niedziele czy święta. Dyżur musi być pełniony ciągle.
Reklama
Co to oznacza w praktyce? Że weterynarz musi być gotowy na wyjazd o trzeciej nad ranem w Wigilię tak samo, jak w zwykły wtorek. Co ciekawe, system zgłoszeń został mocno uszczelniony. Przeciętny kierowca czy spacerowicz, który znajdzie ranne zwierzę, nie dzwoni bezpośrednio do lekarza. Zgłoszenia są filtrowane – przyjmują je wyłącznie uprawnione osoby: urzędnicy gminni, dyżurny Straży Miejskiej lub pracownicy schroniska w Gaju.
Gmina przewidziała też scenariusze awaryjne. Jeśli główny weterynarz zaniemówi lub zachoruje, może wyznaczyć zastępstwo. Musi to być jednak fachowiec spełniający te same wyśrubowane normy, a rozliczenie z nim bierze na siebie główny wykonawca.
Lecznica, a nie tylko taksówka dla zwierząt
Wielu osobom wydaje się, że rola weterynarza interwencyjnego kończy się na zabraniu zwierzęcia z rowu. Nic bardziej mylnego. Opis zamówienia na 2026 rok jasno pokazuje, że gmina oczekuje prowadzenia regularnego leczenia, a nie tylko transportu.
Na miejscu zdarzenia lekarz decyduje: udziela pierwszej pomocy i zabiera zwierzę do kliniki albo – w najtragiczniejszych przypadkach – stwierdza zgon lub dokonuje eutanazji, by skrócić cierpienie.
Jeśli zwierzę trafi do lecznicy, musi mieć zapewnioną opiekę na poziomie stacjonarnym. To nie może być „przechowalnia”. Gmina płaci za miejsce na czas leczenia, wyżywienie, ale przede wszystkim za medycynę przez duże „M”. Wymagane są m.in.:
- pełna diagnostyka: od morfologii i badania moczu, po zaawansowane obrazowanie (RTG, USG, EKG, a nawet endoskopia).
- kompleksowe leczenie: podawanie leków, kroplówek, zastrzyków.
- chirurgia: w tym skomplikowane operacje w znieczuleniu, jak składanie złamań, oraz szycie ran i zakładanie gipsu.
Schronisko w Gaju – tylko dla wyleczonych zwierząt
To jeden z najważniejszych punktów nowej umowy, kluczowy dla dobrostanu zwierząt. Gmina stawia sprawę jasną: do Międzygminnego Schroniska dla Bezdomnych Zwierząt w Gaju trafiają wyłącznie zwierzęta wyleczone.
Schronisko to nie szpital. Dlatego wykonawca ma zakaz przekazywania tam psów czy kotów, które są w trakcie leczenia, mają świeże szwy albo wymagają pilnego zabiegu. Jedyny wyjątek? Zwierzęta stabilne, które po prostu muszą przyjmować leki na stałe. Każdy taki transfer musi być poparty pełną dokumentacją medyczną (epikryzą), żeby opiekunowie w schronisku wiedzieli, z czym mają do czynienia.
Od sarny do wilka
Osobny rozdział to zwierzęta dzikie. Tu procedury wymagają nie tylko wiedzy weterynaryjnej, ale i prawnej. Cel jest prosty: przywrócić naturze to, co do niej należy. Jeśli sarna czy lis wyzdrowieją i poradzą sobie sami – wracają na wolność.
Zadania obejmują też interwencje w mieście. Jeśli dzikie zwierzę zapuści się między bloki lub wejdzie do szkoły, trzeba je odłowić. Zdrowe osobniki wywozi się z dala od zabudowań, chore jadą do lecznicy.
Najciekawiej brzmią jednak zapisy o gatunkach chronionych, w tym wilkach. Dokumentacja przewiduje, że może dojść do spotkań z gatunkami niebezpiecznymi. W takich sytuacjach weterynarz nie może działać na własną rękę. Płoszenie, chwytanie czy jakakolwiek ingerencja w przypadku zwierząt chronionych wymaga zgody Regionalnej lub Generalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska. To bezpiecznik, który ma zapobiegać pochopnym decyzjom. W trudnych przypadkach weterynarz ma też współpracować z Kołami Łowieckimi i ośrodkami rehabilitacji zwierząt.
Zaufanie, ale i kontrola
Na koniec – biurokracja, która w tym przypadku jest gwarancją jakości. Gmina Śrem, wydając publiczne pieniądze, a więc pieniądze każdego z podatników, mieszkańców gminy Śrem, chce wiedzieć, za co płaci. Każda interwencja musi zostawić ślad w papierach.
Lekarz prowadzi szczegółową ewidencję: kto dzwonił, o której, co się stało, jakie leki podano. Co więcej, w godzinach pracy Urzędu Miejskiego, weterynarz ma obowiązek chwycić za telefon i osobiście poinformować urzędnika o zakończonej akcji. Taki system „podwójnego sprawdzania” (zgłoszenie przez służby, raport od lekarza) ma uszczelnić system i dać pewność, że pomoc faktycznie dotarła na czas.
Ile nas to będzie kosztowało?
I tu dochodzimy do sedna, które wcale nie jest takie oczywiste. Nie znamy stawek ryczałtowych, jakie zaproponuje potencjalny oferent. W kończącym się roku takim wykonawcą jest firma PTASIOR Marcin Szymczak, Gabinet Weterynaryjny ANIMAL VET SERVICES z Mosiny, który za usługę rocznie inkasuje 19 440 zł na gotowość interwencyjną plus dodatkowe środki na weterynaryjne działania interwencyjne (70 560 zł dla bezdomnych, 10 000 zł dla wolnożyjących).
Ile nas to będzie kosztowało w przyszły roku? Dowiemy się wkrótce – termin składania ofert mija 29 grudnia.
Odkryj więcej z TZŚ – Tydzień Ziemi Śremskiej
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.


